KATALOG PRODUKTÓW

/upload/medium/6344f52efa639058cf6c2ffed7c3a6dc.jpg

50% Sukcesu leczenia jest w głowie.

Historia Idy Karpińskiej
- Historia Kwiatu Kobiecości


Kiedy usłyszałam, „Pani Ido, ma Pani raka szyjki macicy” - życie osunęło mi się spod nóg. Długo nie mogłam i nie chciałam w to uwierzyć. Byłam młoda, miałam 34 lata, kochającego męża, z którym powoli planowałam macierzyństwo, wspaniałą pracę stylistki i wizażystki w czasopismach kobiecych i telewizji, i ciągle nowe plany na przyszłość. Nie było w nich miejsca na chorobę, zwłaszcza na taką chorobę jaką jest nowotwór. Słowo „rak” oznaczało dla mnie wyrok. Nikt w mojej rodzinie nie chorował na raka. Z domu wyniosłam nawyk dbania o zdrowie. Nie paliłam papierosów, nie piłam, nie szalałam.

W grudniu 2003, jak co 12 miesięcy, w telefonie wyskoczyła mi przypominajka z informacją „badanie kontrolne u ginekologa”. Poza tym, kończyły mi się tabletki antykoncepcyjne i potrzebowałam recepty. Gdy przeprowadziłam się z Gdańska do Warszawy, zmieniłam lekarza. Bardzo polubiłam moją nową panią ginekolog, więc z uśmiechem na ustach poszłam na wizytę. Jak zawsze bezboleśnie i szybko pobrała mi wymaz i powiedziała, żebym zgłosiła się za kilka dni po wynik. Nie zdążyłam. Następnego dnia telefon sam zadzwonił. Pani w recepcji oschle przekazała, abym natychmiast przyszła na wizytę do pani ginekolog. Nie wiedziałam o co chodzi, ale nie zastanawiałam się. Pochłonięta byłam myślami o pracy, zbliżających się Świętach Bożego Narodzenia. Zawsze żyłam w biegu i z wielka energią.

Stawiłam się w gabinecie. Doktor siedziała za biurkiem. Nie uśmiechała się jak zwykle. Poważnym głosem powiedziała: „Pani Ido mamy problem”. Pokazała mi wtedy wynik badania cytologicznego – grupa III. „Podejrzewam raka szyjki macicy. Trzeba zrobić biopsję jak najszybciej” – powiedziała. Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Przecież nic mnie nie bolało, nie dolegało, czułam się dobrze. Skierowano mnie do szpitala na pobranie wycinka. Badanie niestety potwierdziło diagnozę. Nadal nie wierzyłam, że to możliwe żeby coś takiego jak rak mogło mi się przydarzyć. Powiedziałam mężowi, że przez bałagan w służbie zdrowia na pewno pomylili próbki. Myślałam, że może to pomyłka. Postanowiłam wykonać biopsję jeszcze raz. Pobrano mi dwa wycinki. Jeden został zbadany w Centrum Onkologii, a drugi, na moją prośbę, wysłano do Skandynawii.

Czekanie było okropne dni mijały... nie myślałam o niczym innym tylko o tym, jakie będą wyniki. Miałam nadzieję, że to nieprawda, byłam naiwna ... . Wyniki przyszły. Nie było żadnych wątpliwości, oba potwierdziły diagnozę – rak szyjki macicy. Musiałam w końcu w to uwierzyć. Dotarło do mnie, że mam w sobie potwora, rdzę, która zjada mnie od środka. Byłam wściekła dlaczego akurat ja. Były łzy, rezygnacja, poczucie bezsilności. Wiedziałam, że czeka mnie operacja, po której nie będę mogła mieć już nigdy dzieci, a oboje z mężem planowaliśmy je, tylko cały czas było coś innego, ważniejszego. Postanowiłam, że urodzę dziecko a później poddam się operacji. Miałam 34 lata. Nie liczyło się dla mnie, że jestem chora i mogę umrzeć tylko że już nigdy nie przytulę do siebie małych rączek. Mąż błagał, abym nie zwlekała z operacją, że dla niego ja jestem najważniejsza. A jest tak dużo dzieci, które są same i czekają na rodziców. Tego samego zdania miałam spotkanie z onkologiem, który wytłumaczył mi, że hormony podczas ciąży sprzyjają gwałtownemu rozwojowi komórek nowotworowych, że grozi mi śmierć. Uległam.

W lutym pojechałam do szpitala na wyznaczoną datę operacji. Kilka dni wcześniej zrobiłam zakupy. Kupiłam czerwony szlafrok, ręcznik, koszulkę nocną oraz kapcie. Wszystko to było czerwone. Nie wiem dlaczego, ale wtedy czułam, że ten kolor jest mi potrzebny, dawał mi energię. W szpitalu mój mąż rozmawiał ze mną i przytulał. Zmieniło się moje myślenie. Postanowiłam, że nie dam się pokonać chorobie, że wygram w tej walce. Poczułam w sobie taką siłę, że sobie z tym poradzę. Nie mogę rozpaczać. Musze szukać w tym co się dzieje dookoła pozytywów i o dziwo znalazłam. Czerpałam je z ludzi którzy byli wokół. Starałam się wybierać tylko te dobre rzeczy, złe natychmiast odrzucałam. Uspokoiłam się i nastawiłam na walkę. Czułam straszna potrzebę usunięcia tego czegoś z mojego ciała. Wyobraziłam go sobie. Nadałam mu formę, kształt. To pomagało mi go zabić. Pierwszym starciem była operacja. Przed zabiegiem, już na sali operacyjnej, przed zaśnięciem przyszedł mój lekarz. Poprosiłam go aby zrobił mi małą, ładną bliznę. Złapał mnie za rękę i powiedział, że będzie dobrze i że teraz zasnę. W tym momencie poczułam ciepło i zrobiło mi się czarno przed oczami. Słyszałam głosy w oddali jak na końcu długiego korytarza. Powiedziałam jeszcze dobranoc i że tu wrócę. Dalej nic nie pamiętam. Śniły mi się ogromne słonie na zielonej trawie. Były spokojne. To był piękny sen.

Operację zniosłam idealnie. Jak się potem dowiedziałam miała trwać cztery godziny, a trwała sześć. Po „otwarciu mnie” okazało się, że rak jest jeszcze bardziej zaawansowany. Zaatakował już nie tylko na macicę, ale i węzły chłonne. Siostry mówiły, że lekarz bardzo się starał, usuwał po kawałeczku, badał pod mikroskopem, usuwał tylko to co trzeba. W moim przypadku była to większość narządów rodnych.

Pobyt w szpitalu nie był trudny. Po operacji szybko wraca się do siebie. Rany się goją i człowiek z dnia na dzień czuje się coraz lepiej. Po trzech tygodniach w szpitalu pojechałam nareszcie do domu. Moja mama natychmiast przyjechała. Rzuciła pracę w Gdańsku i przyjechała ratować swoje dziecko. Własna poduszka, spacery po domu i wsparcie najbliższych. Muszę powiedzieć, że bez nich byłoby mi bardzo ciężko. Oni ani przez chwile nie wątpili w to, że wyzdrowieję i że pokonamy tę chorobę, razem. Miałam w nich wielkie wsparcie. Siły wracały szybko. Wiedziałam jednak, że to jeszcze nie koniec. Po operacji, czekała mnie „chemia” i naświetlania. Byłam zaniepokojona, bo nie wiedziałam jak to będzie wyglądało, a nigdzie nie mogłam znaleźć informacji na ten temat. Zaczęło się od naświetlania całej miednicy i trochę powyżej. Trwało to kilka minut, bezboleśnie, zupełnie jak prześwietlenie. Następnego dnia była „chemia”. Tego bałam się najbardziej. 3-4 godziny pod kroplówką. To co było przerażające to ilość ludzi chorych, czasem trzeba było czekać na wolne miejsce. I tak trwało to dwa miesiące na przemian, naświetlania i chemia, sobota, niedziela wolne. Ścisła dieta, siemię lniane, galaretka, kisiel. Czas ‘chemii” był bardzo przykrym doświadczaniem. Wypadały mi włosy, chudłam 13 kg, cera stała się żółta, oczy przeźroczyste. Takie są skutki uboczne chemii. Pewnego dnia nie dostałam chemii. Wyniki morfologii się pogorszyły. Wpadłam w panikę. Nie wiedziałam, co się dzieje. Musiałam porozmawiać z panią doktor. Czekałam na nią dość długo na korytarzu. Jak tylko ją ujrzałam, zaatakowałam, żądając, by powiedziała mi otwarcie, jaką mam szansę na wyzdrowienie. Ona odpowiedziała z takim spokojem, uśmiechem i pewnością w głosie - „100% pani Ido”. Choć nie miała podstaw by tak mówić wiedziała, że takie zapewnienie jest mi potrzebne. Poczułam w sobie ogromną moc. Te trzy minuty, które mi poświeciła, były przełomowe. Dało mi to siłę do dalszej walki i wiarę, że to się uda, że będę zdrowa. Byłam coraz słabsza fi zycznie, ale coraz mocniejsza psychicznie. Na tyle mocna, że mogłam wspierać i rozmawiać z ludźmi, którzy zaczynali walkę o swoje życie dając im swoją pozytywną energię i widząc, że im to pomaga. To dawało mi coraz więcej siły. Przyglądałam się kobietom, które przychodziły na chemię. Wiele z nich było przerażonych , zagubionych i załamanych. Niektóre swoją chorobę ukrywały nawet przed swoimi bliskimi - mężem, rodzicami, dziećmi. Tak jakby to wszystko co się stało było z ich winy. Po operacji czuły się niepełnowartościowe jako kobiety. Ale nikt nawet nie próbował wyprowadzić ich z błędu, wytłumaczyć, że dalej będą mogły osiągać pełną satysfakcję w seksie i ich partner również. Podziwiałam kobiety, które w pośpiechu wpadały na naświetlania, a po nich pędziły od razu do pracy. Takich było wprawdzie niewiele, ale to na nich postanowiłam się wzorować. Wtedy właśnie na chemioterapii, jak siedziałam pod kroplówką, zrodziła mi się myśl, że zrobię coś dobrego dla kobiet, które zachorowały na to co ja i są zagubione w swojej chorobie. Ja dostałam szansę na drugie życie, więc muszę dać z siebie coś innym. Nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Ponieważ pracowałam jako stylistka i wizażystka, postanowiłam spotkać się na początek ze znajomymi dziennikarkami aby zapytać, dlaczego tak mało się mówi o raku szyjki macicy. Zadając im to pytanie, dostałam odpowiedz „ Ida, przecież to takie niemedialne słowo - macica, rak – jak mamy o tym mówić?”. Zapytałam, czy jeśli opiszę swoją historię to czy pomogą mi ją opublikować. Tak też się stało. Na końcu artykułu dodałam kontakt telefoniczny do siebie, tak na wszelki wypadek. Od tamtego czasu, telefon zaczął dzwonić w dzień i w nocy, na okrągło. Kobiety dzwoniły porozmawiać o swoim problemie, pytały jak to teraz będzie, co mają robić. Dzwoniły również te, które wygrały walkę z rakiem i miały energię by działać dla innych. To były godzinne rozmowy. Było nas coraz więcej. Przyłączyły się też absolwentki psychologii, potem lekarze. Wszyscy gotowi wspierać kobiety, które nie potrafi ą się odnaleźć w swojej chorobie. I tak w 2005 roku powstało Stowarzyszenie Na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy - Kwiat Kobiecości. Zawsze mówię, że pozytywnym skutkiem ubocznym mojej choroby jest właśnie Kwiat Kobiecości. Poprzez nasze działanie chcemy przekazać kobietom, że po pokonaniu raka szyjki macicy można normalnie żyć, a nawet robić więcej – zdobywać góry. Moim marzeniem jest wyprawa na Kilimandżaro. Wierzę, że uda nam się znaleźć sponsora naszej wyprawy.

Jestem szczęśliwa i dumna z tego, że wygrałam z rakiem. Wierzę, że zwycięstwo w dużej mierze zawdzięczam swojej ogromnej determinacji - by się nie dać. Mam taki charakter, że w każdej złej chwili życia szukam pozytywów. Nie wiem czy to dobrze, ale jest mi tak łatwiej. Może właśnie dlatego pokonałam raka, że zabiłam go w mojej głowie. To tam rodzi się 50 % sukcesu.

22 stycznia 2012 roku rusza ogólnopolska kampania społeczna „Piękna bo zdrowa” organizowana z okazji Europejskiego Tygodnia Profilaktyki Raka Szyjki Macicy (RSM) pod honorowym patronatem Anny Komorowskiej, małżonki Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz Hanny Gronkiewicz – Waltz, Prezydent m.st. Warszawy.
Celem kampanii, realizowanej przez Kwiat Kobiecości – Ogólnopolskiej Organizacji na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy, jest budowa świadomości i edukacja w zakresie profilaktyki i leczenia choroby, której śmiertelność wśród kobiet w Polsce jest najwyższa w całej Europie.

Ida Karpińska  Prezes i Założyciel Ogólnopolskiej Organizacji na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy - Kwiat KobiecościIda Karpińska

Prezes i Założyciel Ogólnopolskiej Organizacji
na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy
- Kwiat Kobiecości
www.kwiatkobiecosci.pl

 

Artykuł z magazynu Apetyt na zdrowie nr 11 (styczeń-luty 2012)
pobierz artykuł w formacie PDF


powrót do spisu artykułów